ifigenia


 

lektura
gazeta
obraz
książka


2009
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
2008
październik
wrzesień
sierpień
2007
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
2006
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2005
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty







 
 



Poetyka Zagłady

Czy czas przedświąteczny zmusza nas do jakichkolwiek rewizji moralnych? Czy przed końcem roku Polacy zastanawiają się nie tylko nad summą pojedynczego życia, ale relacji między narodami?

Przed projekcją filmu dostałam kilka listów. Wszystkie były pisane przez Polaków, którzy poczuli się zagrożeni tematem, jaki poruszam tuż przed Bożym Narodzeniem. Większość czuła, że temat jest niestosowny, bo porusza wątki dawno już zapomniane i nie podlegające jakimkolwiek rewizjom. Inni twierdzili, że projekcja filmu w okresie przedświątecznym to prowokacja wymierzona w polskie poczucie narodowe i katolickie. Piszący do mnie byli zgodni, że temat stosunków polsko - żydowskich jest zamknięty i nie powinien być poruszany w publicznej przestrzeni. Co za tym idzie, sam film Lanzmanna jest obraźliwy i nie służy niczemu poza przypomnieniem, jak bardzo antypolscy są Żydzi. Zginęli w tragicznych warunkach - pisali ludzie - ale po co od razu psuć dobrą atmosferę świąt i puszczać film o podobnej konotacji?


Popsułam i nie żałuję. Ostatnia projekcja filmu okazała się być sukcesem samym w sobie, bo przyszło na nią sporo osób. Byli wśród nich cudzoziemcy i Polacy, którzy należą do pokolenia Nic. Wszystko ich jednak interesuje, a w szczególności modny ostatnio temat Zagłady. Młodzi z Pokolenia Porno nie kojarzą dobrze faktów historycznych, ale wiek XX przerabiają w szkole na tyle skrupulatnie, żeby doskonale orientować się w sytuacji. Wiedzą, że druga wojna światowa toczyła się, m.in. między Polakami a Niemcami, w perspektywie historycznej wydaje się jednak, że front znacznie poważniejszej w skutkach wojny, przebiegał gdzie indziej. Czy można mówić o otwartym konflikcie między Polakami a Żydami? Kiedy Polacy otworzą się na dialog i jawną konfrontację z tematem?


Mniej więcej od lat 90. w filmach fabularnych oraz dokumentalnych obecna jest poetyka, która krąży wokół tematu żydowskiego. Można powiedzieć, że w kinie polskim obecna jest wielokulturowość rozumiana jako obrazy wielu kultur, które żyją obok siebie czy rejestrowanie odmienności religijnych. Na świecie i w Europie ten nurt kina rozwija się z wielką dynamiką. Warto wspomnieć choćby czeski film "Musimy sobie pomagać", który doskonale oddaje klimat poetyki lat 90.


W polskim kinie powstaje wtedy film "Daleko od okna", który jest adaptacją prozy Hanny Krall. Film ten i jemu podobne mówią o tożsamości, której nie sposób się wyprzeć. Już w tym filmie zaobserwować możemy coś, co rodzi się nieustannie w kinie od lat 50. - poetyka świadka. Jest to kanwa, na podstawie której Claude Lanzmann nakręcił swój "Shoah".


W filmie Lanzmanna oraz w wielu mu podobnych przewija się narracja z zewnątrz, z offu. Świadek staje się narratorem w filmie lub towarzyszy komuś, kto przejmuje rolę mediatora między przeszłością a przyszłością, czy lepiej teraźniejszością w filmie. Mediator ten porównywany bywa do postaci z filmów Krzysztofa Kieślowskiego. Jego "Dekalog" miał w sobie figurę nie do końca zdefiniowaną fabularnie, grał ją Artur Barciś. Anioł, sprzątacz, dostarczyciel mleka, ktoś pracujący w okienku na poczcie to sygnał, znak i zatrzymanie dla widza, żeby podjął na chwilę refleksję nad życiem. Sam Kieślowski mówił, że jego "anioł" pełni rolę łącznika między światami, a jednocześnie jest typem, który ma ludzi budzić ze śpiączki moralnej.


Film "Shoah", arcydzieło dokumentu światowego, mieści w sobie wiele obrazów poza jednym; w filmie nie pojawia się ani razu zdjęcie dokumentalne czy archiwalne. Wydaje się, że na tle tej historii nie ma miejsca na obrazek z przeszłości, opowieść jest przecież wystarczająco groźna i prawdziwa. Sami świadkowie, którzy mówią poświadczają swoją prawdę. Dzięki tej metodzie wzrasta rola świadka historii. Staje się on wyeksponowany i zatrzymany przed kamerą. W taki sam sposób polska kinematografia rozprawia się z motywem Marca 68.


Co ciekawe, w filmach mówiących o przeszłości, kamera staje się rodzajem spowiednika czy terapeuty, a film okazją do odbycia seansu psychoanalitycznego. Dzieje się tak za sprawą władzy, jaką kamera ma nad ludźmi. Kamera usprawiedliwia i daje prawo do mówienia prawdy. W filmie Lanzmann bardzo często mówi "musi pan mówić", "pan wie, że to konieczne", wskazując na pracującą kamerę.


Nurt, który reprezentuje Lanzmann należy do gatunku kina refleksyjnego, które rodziło się w latach 60. W praktyce kino to zaistniało w latach 70. Rola świadka zaczyna być coraz silniej akcentowana. Najlepszym tego przykładem niech będzie film "Odessa, Odessa", który został również pokazany w Mieszkaniu Gepperta w cyklu "Dokument Doskonały". W filmie tym dochodzi do odsłonięcia pewnego paradoksu; otóż współcześni Żydzi żyją w ruchu, ponieważ nie znajdują już swojego miejsca. Mogą tęsknić za miastami lub wioskami, w których kiedyś żyli, ale nie mogą do nich wrócić. Nostalgia staje się siłą napędową ich życia i zmusza do snucia coraz odważniejszych opowieści. Film staje się zatem wypadkową wielu dyskursów indywidualnych i zbiorowych. Pokazywane są one bez jakiegokolwiek porządku logicznego czy przyczynowo - skutkowego. Wiadomo, wspomnienia mają swoją dramaturgię. Wydaje się, że właśnie odsłanianie nostalgii to podstawowe zadanie dokumentu refleksyjnego. Taki jest "Shoah" i wiele innych filmów należących do tego nurtu.    


ifigenia 2009-12-22 20:39:22



Stara technologia w nowej odsłonie

Utarło się już przekonanie, że samodzielnie technologia może wspierać wszystkich ludzi. Co zrobić jednak z tymi, dla których kończy się pewnego dnia smak zmysłów i przestają dostrzegać również możliwości drzemiące w technologii. Czy jej wykorzystywanie na co dzień naprawdę nie zna granic?


Na to wygląda. Sama technologia wspiera na świecie tysiące osób niepełnosprawnych. Okazuje się, że najlepsze jej wydanie wiąże się z połączeniem z osobą niepełnosprawną. Mniej lub bardziej integralna część osoby nie w pełni sprawnej może zostać uzupełniona przez coraz bardziej zaawansowaną technologię, która swoją dynamiką przypomina ewolucję człowieka. Nie na darmo naukowcy odkryli inżynierię genetyczną i nadali jej status badań naukowych. Białko, które skrywa kod DNA również rozłożyli na czynniki pierwsze za pomocą specjalnego kodu, który postronnym przypomina szereg zerojedynkowy.


Technologia już dawno zagościła w ludzkim ciele uzupełniając lub przejmując niektóre jego funkcje. Najwcześniej zastąpiła kończyny oraz zęby, w późniejszym czasie bardziej złożone wewnętrzne organy. Nieprzypadkowo o nerkach czy sercu mówi się "sztuczne". Po udanych eksperymentach naukowych przyszedł czas na recykling, czyli powtórkę starego.


Do czego służy kamera cyfrowa? Pierwotne skojarzenie związane jest z tworzeniem, procesem zniekształcania obrazu, czyli uzyskiwania efektu kreacji. Piękny to znaczy przetworzony obraz najczęściej przenosi nas w coraz odleglejsze obszary oraz stany. Co jednak z efektem naturalnego zapisu świata? Czy ten zapis jest komuś do czegoś potrzebny?

Okazuje się, że tak. W coraz większym stopniu z naturalnego zapisu kamery cyfrowej korzystają ludzie dotknięci niepamięcią. Ci, którzy mają problemy z pamięcią mogą dzięki prostym kamerom cyfrowym nie tylko "zapamiętać" drogę do domu, ale także odbudować skojarzenia emocjonalne z nią związane. Prawda, że pomysł prosty, a na dodatek oparty o starą jak świat ideę. Tak się jednak złożyło, że do ratowania pamięci kamery cyfrowe zaprzęgnięto od niedawna. Wcześniej bawiąc się jedynie jej "możliwościami".


Do ratowania ludzkiej pamięci stosuje się zwykle najmniejsze kamery świata, to znaczy takie, które mieszczą się w dłoni. Należą do nich kamery z rodziny Microsoftu - Sensecam. Niepozorne cacko robi zdjęcia co 30 sekund i potrafi zmieścić ich na niewielkim dysku do 30 tysięcy. Ludzie, którzy mają kłopoty z pamięcią i powrotem do domu mogą automatycznie odtworzyć swoją drogę ze stop klatek i wrócić do siebie. Pierwsze badania sprzężenia starej technologii w nowej odsłonie, które przeprowadzono na pacjentach w Wielkiej Brytanii i USA, pozwoliły odkryć, że ludzie bardzo szybko "czytają" powroty do domu. Dwutygodniowy zapis dróg mogą "przeczytać" w ciągu zaledwie godziny. To pozwala na złagodzenie cierpienia wywołanego niepamięcią.


Nowa metoda leczenia skutków Alzheimera ma coraz więcej entuzjastów. Okazuje się bowiem, że technologia stara jak świat, patrząc na nią z perspektywy szybko zmieniających się wynalazków, przydaje się w najbardziej newralgicznym miejscu; ludzkiej pamięci. Jej ratowanie wiąże się z narracją, opisem i tym, czego nie lubią współcześni; cierpliwą kontemplacją obrazu. To, co kiedyś książki, a zwłaszcza powieść, teraz przejmuje kamera. Technologia w rękach ludzi? Dosłownie, a ponieważ metoda ta nie odnosi skutków ubocznych, współcześni nazywają ją przewrotnie "naturalną". 


ifigenia 2009-12-22 20:35:44



Światło wielkiej Rosji

W powszechnej świadomości rosyjska mentalność różni się od zachodniej. Tymczasem zwykłe doniesienia prasowe oraz relacje Rosjan świadczą o tym, że Rosja wzorem pozostałych państw boryka się z takimi samymi kłopotami. Zwłaszcza jeśli chodzi o Internet.


W rosyjskiej sieci pali się zielone światło dla pirackich programów i zachowań. Łamanie prawa w Rosji należy do obowiązującego kodu kulturowego, z którego większość Rosjan nie zdaje sobie sprawy. Sieć rosyjska wypełniona jest po brzegi stronami, które w świetle prawa można uznać za pirackie. Nikt nad nimi nie sprawuje jednak kontroli. Swietłana Wasilenko, pisarka, która opublikowała ostatnio swoją powieść "Głuptaskę" w Polsce, twierdzi, że rosyjska sieć służy głównie pogawędkom, flirtom oraz poradom seksualnym. Obyczajowość szerzej rozpatrywana lub polityka nie mają w niej niemal miejsca.

 

Popularne blogi, które piszą również znani publicyści oraz pisarze, mają na celu wywoływanie jedynie skalndali obyczajowych. Rzadziej tworzone są z myślą o ludziach, którzy chcieliby się czegoś dowiedzieć o panującym ustroju albo głowach państwa. Blog w Rosji ma postać paszkwila albo groteski. W najlepszym razie jest stroną reklamową aktora lub reżysera z dorobkiem.

 

Skoro tak nie powinno nikogo dziwić, że jedna z rosyjskich firm, która oferuje w sieci oprogramowanie, jest w rzeczy samej firmą wyłudzającą dane osobowe. Co ciekawe, oprogramowanie reklamowane jest na jednej z najczęściej odwiedzanych w Rosji stron oferujących serwisy i pogawędki randkowe. CyberLover.ru, czyli Wirtualny Casanova pozwala milionom użytkowników dziennie spotkać się na wirtualnej randce. Program umożliwia nie tylko pełną obsługę chatroomu, ale również flirtowanie z dziesięcioma osobami naraz. Nielegalny program został również sformatowany pod kątem pobierania numerów telefonów użytkowniczek czata. Na trop nielegalnej i niebezpiecznej strony wpadła przypadkiem australijska firma, zajmująca się na co dzień wykrywaniem przestępstw.

 

Wirtualny Casanova jest prosty i tak skuteczny, że można bez trudu opracować podobne wersje w różnych językach. Jego fenomen to jednak przede wszystkim popularność i silne zapotrzebowanie Rosjan na wirtualne randkowanie w godzinach pracy. CyberLover.ru potrafi także symulować seks w sieci. to podnosi atrakcyjność strony i pozwala jej znaleźć się w czołówce. Gdzie biegnie zatem prawdziwe światło dawnej Rosji? Czy sieć odbija choć trochę jej mistycznego blasku, który wychwalali kiedyś wszyscy podróżnicy? Widać w ślad za Zachodem również Rosja topi swoją potencję w wielkiej sieci, która oplotła już dawno ten nieprawdopodobnie rozległy kraj.


Jego wielkość i liczbę jego mieszkańców najłatwiej sprawdzić w metrze. Na kijowskich stacjach dokonano w tym tygodniu tak dużego przekroczenia, że poproszono wsiadających o ograniczenie w ruchu. Z powodu uciążliwego tłoku na stacjach metra pojawili się nieznani wcześniej "upychacze". Ukraina podobnie jak Rosja przeżywa prawdziwe oblężenie zwłaszcza w godzinach szczytu. Każdego dnia metrem w Kijowie podróżuje ponad trzy miliony ludzi. Obywatele pasażerowie! - brzmią pierwsze słowa codziennego komunikatu - W trosce o waszą wygodę i bezpieczeństwo prosimy o ograniczenie podróżowania metrem do niezbędnych potrzeb.

 


ifigenia 2009-12-22 20:33:51



W imię Abla

Temat Zagłady przyciąga tłumy, bo staje się modny w pewnych kręgach. Czy modny jest również kierunek badań, które przybliżyłyby nam choć trochę fakty historyczne dotyczące stosunków polsko - żydowskich w czasie wojny?


Okazuje się, że stan polskiej wiedzy jest w tym zakresie minimalny. Nie mówiąc o świadomości przeciętnego Polaka, który na hasło "Żyd", reaguje z pogardą lub panicznym lękiem. W pewnym sensie w stosunkach polsko - żydowskich zmieniło się od czasów wojny niewiele. Dlaczego? Ponieważ zabrakło nam w Polsce Żydów. Zginęli dzięki pomocy Polaków już na początku 1941 roku. Jak zatem możemy podejmować temat wzajemnej relacji na przestrzeni dziejów, kiedy mamy do czynienia z ogromną, nieodżałowaną wyrwą w dialogu. Próbuje ją załatać prof. Sławomir Buryła, który uczestniczy w wielu projektach na rzecz wskrzeszenia zainteresowania tym delikatnym tematem.  

Kim była zdecydowana większość Polaków w czasie drugiej wojny światowej? Jak udowadniają strzępy prowadzonych badań, zdecydowana większość to szmalcownicy, szantażyści i donosiciele. Elita Polaków, w rękach których leżały losy niejednej żydowskiej rodziny, wynosiła w samym okręgu warszawskim ponad 40 tys. ludzi. Do takich danych dokopała się w swoich odważnych poszukiwaniach Joanna Tokarska - Bakir. Publikując je na łamach "Gazety Wyborczej" kilka lat temu, doczekała się skandalu. Tak zwana opinia publiczna zareagowała z oburzeniem na tak dużą liczbę szantażystów i szmalcowników. Co ciekawe, ich liczba nie przemówiła przeciętnemu czytelnikowi Gazety do wyobraźni. A tyczyła się jedynie okręgu miasta Warszawy. Zauważmy, że tak zwany przeciętny czytelnik "Gazety Wyborczej" i tak należy do elity dobrze wykształconych, i dobrze zarabiających Polaków. Gorzki smak prawdy nie przypadł tej grupie do gustu. 
 

Ze szmalcownikami, szantażystami oraz donosicielami mają problem sami historycy. Ponieważ nikt do tej pory nie określił ani jasno nie zdefiniował, kim byli ludzie należący do tych trzech profesji, rzadko podejmuje się ten temat. Jak przypomniał Sławomir Buryła, historia jest zbyt poważnym przedsięwzięciem, żeby zajmowali się nim wyłącznie historycy. Dlatego tematem Zagłady oraz donosicieli zajmują się psychologowie, socjologowie czy zwykli badacze literatury. 
 

Jak pokazuje praktyka w zakresie badań nad częścią historii dotyczącą drugiej wojny, to właśnie młodzi badacze są odważni w stawianiu tezy i zadawaniu pytań. Jak dotąd jedynie w Polsce temat ten doczekał się szczupłych opracowań. Na zachodzie i w Stanach Zjednoczonych temat Zagłady podejmowany jest via polskie archiwum. To jedyna możliwość zdobycia jakiegokolwiek dokumentu.
Szmalcownik to z reguły czarny charakter w polskiej literaturze. Pojawia się już w "Zakazanych piosenkach", w których podsuwa pieniądze granatowemu policjantowi. Właściwie do dziś encyklopedie nie publikują tego hasła i trwają dyskusje, czym tak naprawdę zajmował się typowy polski szmalcownik.  

Miejscem jego pracy było wejście do getta. W przeciwieństwie do szantażysty, który pracował w domu, szmalcownik był typem rychliwym i w ciągłej drodze. Szantażysta z reguły podawał się za gazowego lub hydraulika i wkradał się do domu, w którym ukrywani byli Żydzi. Żądał określonej sumy i opuszczał dom. Wszystkie badania szkoły polskiej kończą się na tym haśle. Jedynie Sławomir Buryła idzie dalej i próbuje od kilka lat zdefiniować, kim był donosiciel. Nie istnieją przy tym żadne opracowania na ten temat w języku polskim. Nie ma też żadnej wzmianki w prasie fachowej za granicą. Jedynie w 2004 roku pojawiły się dwie książki, w których próbuje się zdefiniować, czym zajmował się przeciętny donosiciel. 
 

W powszechnym wyobrażeniu donosiciele, szmalcownicy czy szantażyści to z reguły menty i margines społeczny. Jak pokazują jednak wnikliwe badania, tak zwany margines społeczny, który wydawał ukrywających się Żydów, był niewielki. Częściej zawodowi szmalcownicy rekrutowali się spośród zwyczajnych mieszkańców miasta albo wsi. Zdarzali się wśród nich wcale nierzadko ludzie z wyższym wykształceniem. Inną grupę stanowili amatorzy, którzy w ten sposób sobie dorabiali. 
 

Szmalcownicy w Polsce wcale nie działali wyłącznie u bram getta czy na ulicy. W praktyce organizowali oni tak zwane siatki, które strukturą przypominają dzisiejsze układy mafijne. Wchodzili oni bardzo szybko w kontakty z niższymi rangą żołnierzami niemieckimi i w ten sposób zyskiwali ochronę. Szczególną kategorią szmalcowników były dzieci w wieku do 15 lat. Zalicza się ich często do grupy tak zwanych naturalnych szmalcowników, którzy do końca nie zdawali sobie sprawy, co robią. Kolejną kategorią szmalcownika jest policjant żydowski. 
 

Warto uświadomić sobie, że w przeciwieństwie do jawnego szmalcownika znacznie trudniej było wykryć, a teraz badać donosiciela. Ponieważ pracował on z reguły w warunkach całkowitej anonimowości, nie zdradzając się nawet przed bliskimi. Wśród donosicieli szczególnie niebezpieczna była grupa tak zwanych ideowców, których nie sposób było przekupić. Polska prawica do dziś nie dopuszcza jakiejkolwiek debaty o polskich donosicielach. Jak pokazuje strzęp badań, fenomen donosicielstwa był znacznie większy od szmalcownictwa. 
 

Dlaczego Polacy donosili na Żydów?
Niektórzy robili to z powodów ideowych, wierząc, że oczyszczenie polski z żydostwa przyniesie krajowi dobrobyt. Większość z nich donosiła z chęci zysku. Czasem małego (złoto, brylanty, pierścionki), czasem dużego (kamienice, spółki akcyjne). Były też grupy, które utrzymywały z tego procederu swoje rodziny i tak przetrwały wojnę nigdzie nie pracując. Józef Hen mówi, że często donoszono z zazdrości, miłości, odrzuconego zakochania. Niektórzy donosili, bo byli posłuszni władzy, inni z bezmyślności.  

Żeby zrozumieć gmatwaninę stosunków polsko - żydowskich w czasie wojny, warto przypomnieć sobie nagonkę propagandową faszystów, getto ławkowe w Polsce przedwojennej i stosunek Kościoła katolickiego do Żydów. Polacy powtarzali często; dobrze, że Hitler oczyścił nasz kraj z Żydów i zrobił to swoimi rękoma.
 


Warto zastanowić się także, dlaczego nie ratowano Żydów lub nie przyznawano się do tego po wojnie. Z reguły bano się, że społeczność oskarży o chciwość i dorobienie się na "żydowskim złocie". W polskiej świadomości wydanie Żyda nie było grzechem, bo jak mówi jedna z kluczowych scen filmu Claude`a Lanzmanna "Shoah", Żydzi musieli swoje wycierpieć, bo zabili Jezusa.
   


ifigenia 2009-11-23 16:32:07



Wentyl bezpieczeństwa

Utarło się już przekonanie, że literatura, a sztuka w szczególności, przenoszą nas w bezpieczne rejony, w których mit i cierpienie splatają się ze sobą, tworząc nową jakość. Niektórzy utrzymują, że literatura to jedyna przestrzeń myśli wolnej i dalekiej od jakiejkolwiek cenzury. Jak bardzo się mylą pisze w swojej książce Błażej Warkocki.


Literatura w jego najnowszej książce "Homo niewiadomo. Polska proza wobec odmienności", jest wentylem bezpieczeństwa dla ludzi, ale nie jedynym. Proza polska przeszła drogę emancypacji gejowsko - lesbijskiej jakby mimochodem, włączając do swoich szeregów również prasę. Wydaje się, że takie spostrzeżenie w myśleniu o tożsamości polskiego odmieńca jest nowe. Warkocki ma odwagę włączyć w nurt literatury wysokiej choćby wczesne opowiadania, które ukazywały się w prasie gejowskiej na początku lat 90. Jednym z nich było pismo "Inaczej". Pierwsze jego numery odsłaniają nurt literatury wysokiej i popularnej na bardzo dobrym poziomie. Dopiero wraz z kolejnymi numerami i komercjalizacją rynku następuje zalew pornografią.  

Ale "Homo niewiadomo" to jeszcze coś poza analizą rynku wydawniczego w Polsce. Warkocki podejmuje się uporządkować chronologicznie prozę polską, która traktuje motyw odmieńca jako motyw przewodni. Pokazuje więc polskie przykłady wczesnej emancypacji motywu gejowskiego, który ukryty był lub spychany przez cenzurę na dalszy plan. Kilka przykładów z prasy literackiej, która podjęła się recenzji wczesnych utworów Grzegorza Musiała, odsłaniają ten paradoks. Jak prasa i krytyka polska reaguje na motyw odmieńca? Strategii jest dużo. Jedną z nich jest milczenie lub odwracanie porządku wypowiedzi autora, filtrowanie go przez pryzmat mitu albo też wycinanie zupełne jawnych deklaracji. 
 

Zupełnym fenomenem w tym porządku jest rok 2005, w którym wychodzi powieść Michała Witkowskiego "Lubiewo". Warkocki jest przekonany, że to właśnie tę powieścią ruch gejowski w Polsce rozpoczął marsz ku jawnej emancypacji. Nie skreśla to całego pola nieznanej szerokiemu gronu odbiorców literatury, w której o motywie geja czy lesbijki było głośno. Jawna deklaracja autora takiego jak choćby Julian Stryjkowski, który określił się w wieku niemal 90 lat, nie jest ważna. Warkocki bowiem uważa, że ważniejsze dla literatury jest nazwanie poetyki lub wytypowanie bohatera uważanego za gejowskiego. 
 

Rok 2005 jest ważny dla rozwoju literatury gejowskiej również z innego powodu. Przede wszystkim ze względu na rozrywkowy i popularny charakter prozy Witkowskiego. Nagle literatura gejowska doczekała się zupełnie innego kostiumu. Do tej pory jej styl określano jako martyrologiczno - tragiczny, by po pamiętnym roku 2005 przejść w żartobliwy. W pewnym sensie jej zapowiedź stanowiły pierwsze powieści Grzegorza Musiała, które genialnie odbijały ówczesne zainteresowanie polskiej krytyki fenomenem kampu. Kamp i jego sztuczny świat zdominował język Musiała, który był na tyle sugestywny, że oczarował większość polskich krytyków. Powieści Musiała pozwoliły na kolejny eksperyment, z którego jawnie mógł skorzystać Witkowski; swobodne połączenie motywu homoseksualizmu ze sztuką. To właśnie Musiał powiedział pierwsze zdanie, po którym można już było mówić wszystko. To zdanie brzmiało: od tej pory będziemy jawnie mówić o gejach. 
 
 

Błażej Warkocki, Homo niewiadomo. Polska proza wobec odmienności, Sic! 2007.


ifigenia 2009-11-14 10:38:31



Wymięta satyna

Stalinizm wymagał ofiar. Malowano trawę i czyszczono krowy, bo wielki wódz miał przejeżdżać obok zagród. W pewnym sensie namiastkę totalitaryzmu przeżyłam we Wrocławiu. Tuż przed wizytą Jana Pawła II wywieziono z Dworca Głównego wszystkich bezdomnych. To miejsce miało lśnić.

  

 

 

Czy władza kształtuje krajobraz? Tak, w pewnym sensie. O znaczeniu tego prostego faktu i jego skomplikowanych konsekwencjach pisze Herta Müller, niekoronowana gwiazda literacka niemieckiej sceny. Nie kto inny tylko Andrzej Stasiuk w jednej ze swoich książek powiedział bardzo symptomatyczną i dowcipną rzecz o Niemcach. Mają bardzo fajny kraj, byłby idealny do życia, gdyby nie sami Niemcy. Müller to powtarza. Robi to jednak na swój subtelny, jedwabny - nawiązując do tytułu książki - sposób. Styl jej książki to niczym wypluta z ust satyna. Materiał miękki, zmoczony i stracony dla wielkiego krawiectwa. Jej smak pozostaje w ustach czytelnika na bardzo długo. Nie tylko z powodu prostego, łatwo wpadającego w ucho rytmu tej książki. Müller posiadła bowiem wiedzę, która jest już zupełnie niedostępna mieszkańcom świata Zachodniego. Ona czyta nie tylko oczami i poznaje świat za pomocą ukrytego zmysłu.

 

Co to za zmysł? Być może zagadka byłaby głęboka dla mieszkańców dalekiego Zachodu, ale nie nas. My, Słowianie jesteśmy od niego wprost uzależnieni. To silnie zakorzeniony zmysł czuwania, węszenia, podpatrywania świata spod zmrużonych nieufnie oczu. Mieszkańca dawnych totalitarnych królestw poznaje się na pierwszy rzut oka. To ten z pochylonymi plecami, miłośnik poezji i płaskich krajobrazów. Człowiek, który od czasu do czasu pozbawia się jakichkolwiek właściwości.

 

Logiczny, skrupulatny styl niemieckiej pisarki rumuńskiego pochodzenia zdradza jej miejsce urodzenia. Gdzieś w Rumunii, daleko od Zachodniego świata rodzi się głos, który można porównać do siły wyrazu dziecka. Jest coś nieskażonego i wybitnego w surowym, a jednak ludzkim osądzie świata. Czytając „Głód i jedwab" odkrywa się prostą zależność; mówić o plamach nie zawsze oznacza zostać splamioną.

 

Narratorka tej książki jest jedna. W krótkich, treściwych pasażach buduje napięcie jak w prozie fabularnej, mimo że jej książka jest zbiorem felietonów. Zostały one opublikowane w najbardziej poczytnych tygodnikach niemieckich oraz podczas elitarnych zjazdów intelektualistów w Europie. Niejednokrotnie jej teksty były czytane podczas wręczania nagród państwowych, które w dość przewrotny sposób podkreślały charakter pisania. Oto bowiem teksty mówiące o krzywej idei państwowości w jednym kraju były odczytywane w zupełnie innym kontekście podczas oficjalnych zjazdów. Czy siła pojedynczego, wyrafinowanego i przedestylowanego przez doświadczenie głosu, mogła wpłynąć na zmianę myślenia niemieckich intelektualistów? Zastanawiałam się nad tym, czytając Müller.

 

Obszar doświadczeń, który odkrywa przed czytelnikiem niemiecka (rumuńska: do wyboru) intelektualistka, pokrywa się idealnie z pejzażem komunistycznym każdego z krajów wielkiego bloku. Również Polska inwestowała w prawdziwą hodowlę wielkich sportowców, traktując ich ciało jak materiał na sprzedaż. Sprzedaż i wykorzystanie. Sprzedaż i pretekst do podjęcia ryzykownej gry z oficjalną procedurą badawczą. Gry z przesuwaniem ustanowionych wcześniej reguł i granic możliwości fizycznych człowieka. W socjalizmie bito bowiem nieludzkie rekordy. Müller obserwuje zmagania z wielkim obciążeniem i wielką grawitacją w warunkach socjalizmu i kapitalizmu równolegle, mimo że dzieli je sporo lat różnicy. Narratorka doskonale jednak wyczuwa w sobie dwubiegunowość pewnych myśli i doświadczeń, wierząc, że dualizm został jej zaszczepiony w Rumunii. Sportowiec rumuński biegnie po zwycięstwo dla państwa, niemiecki dla kraju. Mniej więcej na tym polega główna i najważniejsza różnica w postrzeganiu systemów.

 

Największą zaletą tej skromnej książki jest jej lekkość (znowu nasuwa mi się skojarzenie z jedwabiem) i prostota. Müller pisze tak jak myśli; tradycja takiego pisarstwa sięga przede wszystkim literatury zakazanej, która mogła się objawić światu w tak zwanym „drugim obiegu". Właśnie w tej konwencji pisarze mogli nareszcie wypowiadać odważne sądy nie wysługując się ozdobną metaforą, ale święcie wierząc w zdrowy, ludowy osąd. Słowa musiały brzmieć prostolinijnie, a cała opowieść mieć konkretny kształt. Müller daje światu swoją prostotę i zdziwienie cudzoziemca. Solidny, wiejski sposób przeżywania świata przypomina warsztat innej pisarki rumuńskiej; Aglaji Veteranyi.

 

„Rumunia jest PODTEKSTEM tego, co dzieje się w Niemczech na moich oczach" - pisze na stronach swojej rozprawy Müller. Jej obraz świata budowany jest w błyskotliwych odsłonach, ma barwny, połyskliwy kształt, opiera się niemal w całości na szczególe. Jej pisarstwo to przede wszystkim łowienie najbardziej sensualistycznego zapisu rzeczywistości. A jednak jest w świecie rumuńskiej pisarki coś podejrzanego, co sama wychwytuje i rytualnie próbuje oczyścić. To słowa. Nie tyle ich zapis, ile ich użycie powoduje, że język, w którym się mówi jest coraz bardziej podejrzany. Świat przedstawiony z perspektywy cudzoziemki, kobiety dwujęzycznej, rani swoją obcością. Bo tak naprawdę Müller nie znajduje sobie nigdzie bezpiecznego, gościnnego domu. Wszędzie czai się słowna pułapka. Śledzenie słów należy do drugiego tropu, po którym łatwo można zgadnąć, skąd pisarz pochodzi. Wschodni świat i jego nomenklatura zdeformowała zdrowy rozsądek kilkuletniego dziecka i nałożyła fałszywą terminologię na język dzieciństwa. Stąd nieufność do słów.

 

Czytając rozprawę ze słowem podejrzanym przypominam sobie o jakże polskim i wielostronnym „załatwianiu" różnych spraw. Nie tak dawno dziennikarze Radiowej Trójki chcieli to słowo wyrwać z polskiego języka. Okazało się jednak, że polskiego „załatwić" nie da się zastąpić niczym innym. Müller z nostalgią i rozgoryczeniem wskazuje na niemieckie „zameldowanie", które odnosi ją nie tylko do spraw urzędowo - biurokratycznych, ale przede wszystkim języka tajnej policji.

 

Najciekawszym rozdziałem tej książki jest jednak niewątpliwie kazus o czystej poezji. I to nie tyle „czystej" w pojęciu wielkich poetyk, ile podejściu do czegoś w kontekście sakrum. Müller jest przekonana, że miłość do poezji w krajach Bloku Wschodniego ratowała ludziom godność. „Miłość do liryki w Europie Wschodniej - pisze autorka - nie jest żadnym pięknym mitem." Bo miłość do pojedynczego słowa lub całej frazy miała w sobie moc ocalającą. Przyklejało się ukochany wiersz do drzwi szafy i nie cierpiało się już ze strachu. Poza tym, jak przypomina sobie pisarka, strasznym przestawała się wydawać rewizja. W głowie pozostawała bowiem, niczym mantra, fraza czegoś prostego i nieskalanego.

 

Müller rozpacza, bo opuściła swój rodzinny kraj. W nowym porządku nie potrafiła się odnaleźć, więc pozostało jej życie w ciągłym ruchu. Pisanie nowych opowieści i wypowiadanie słów ma moc terapeutyczną w jej przypadku i jest niczym ostatnia modlitwa tuż przed snem. Müller istnieje dzięki odległości i dzięki niej mogła się narodzić jako pisarka. To symptomatyczne dla pewnych zawodów i powołań; stajemy się kimś z powodu goryczy i wielkiego rozczarowania. To odległość i wygnanie ulepiło jedną z najbardziej żarliwych felietonistek współczesnych Niemiec. Znowu okazało się jednak, że to, co najbardziej wartościowe nie pochodzi wprost z tego kraju. Czyżby klątwa państwa spustoszonego przez Narodowy Socjalizm nadal działała? Herta Müller jest tego najlepszym dowodem.

 

Herta Müller, Głód i jedwab, przełożyła Katarzyna Leszczyńska, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2008.


ifigenia 2009-10-13 11:19:54



Mityczny urok głuptaski

Spektrum tego opowiadania rozciąga się wzdłuż mitu o wielkiej Rosji, świętej Rusi i światowego mocarstwa komunizmu. Pośrodku tego wszystkiego trwa walka o duszę pojedynczego człowieka. Kto zwycięża w tej opowieści, kategoryczny racjonalista czy skłonny do mistycyzmu marzyciel?


Powieść „Głuptaskę” Swietłany Wasilenko porównuje się w Polsce do prozy Tadeusza Konwickiego. Nie tyle jego rytmu, ile opowieści o wielkiej tęsknocie za lepszym światem na Wschodzie Europy. Krótka powieść jednej z najlepiej sprzedających się pisarek wschodniego mocarstwa przypomina zasłuchanie się w to, co głęboko rosyjskie lub z nim utożsamiane. Krytycy na świecie bardzo często piszą, że powieść Wasilenko jest prostą kontynuacją dokonań pisarskich Fiodora Dostojewskiego. Pisarka nie odżegnuje się od tego powinowactwa, choć sama przyznaje, że należy raczej do nurtu pisarzy krytycznie oceniających rzeczywistość i realistycznie patrzących na świat. Wychowana w miasteczku na skraju stepu, które swego czasu odwiedzali najsłynniejsi kosmonauci radzieccy, m.in. Gagarin i Tierieszkowa, należy dziś do grona najmodniejszych pisarzy rosyjskich. Jest też obok Władimira Sorokina towarem eksportowym numer jeden. Jej książki sprzedają się bardzo dobrze bez dodatkowych skandali czy wielkich rekomendacji.


Miasteczko otoczone kolczastym drutem, które posiadało jedną z najnowocześniejszych wyrzutni rakietowych w Związku Radzieckim, w którym mieszkała autorka „Głuptaski”, należy do współczesnych odmian ziemi obiecanej. Z takiej perspektywy łatwo napisać książkę popularną, trudniej mit o współczesnej Rosji. A jednak to właśnie z mitem wielkiego mocarstwa i komunizmem polemizuje Wasilenko. I robi to w sposób iście mistrzowski.


Wystarczy przeczytać kilka pierwszych kartek powieści, żeby poczuć smak doskonale skomponowanych scen z filmów Nikity Michałkowa. To właśnie filmowość tej powieści i spojrzenie na wszystko jak przez pryzmat kamery, powodują, że książkę zapamiętuje się niemal w całości. Jest bardzo dobrze zbudowana z krótkich, wzajemnie się zakleszczających scen. Do dziś pisarka czeka na ekranizację książki, do której przymierza się kilku znanych reżyserów.


Całym światem przedstawionym w powieści rządzi autonomiczna zasada senności i zjawy. Oto cały świat Rosji zamyka się we śnie lub przewidzeniu wybranej spośród wielu, głuptaski, która ma specjalne zadanie od Boga: ocalić Związek Radziecki przed katastrofą nuklearną. Jak udaje się jej tego dokonać? Musicie przeczytać sami. Książka ma zaledwie 150 stron, na których zostały zapisane i przetworzone niemal wszystkie mity związane z dawną Rusią i współczesnym Związkiem Radzieckim. Co więcej, Wasilenko zadała sobie trud postawić kilka ważnych, najbardziej aktualnych pytań związanych z funkcjonowaniem współczesnej Rosji. Jaki kształt powinna mieć i z kim wchodzić w przymierze? Pytania Wasilenko mają charakter otwartego dyskursu rosyjskiej inteligencji. Czy jej głos jest rozumiany we współczesnej Rosji?

Sennośc czy majaki bohaterów to tylko najbardziej powierzchowna warstwa tej powieści. Tuż pod nią rozciąga się nieprzebrane bogactwo środków, za pomocą których Wasilenko przykuwa uwagę widza. Jest wśród nich umiejętność połączenia kontrastów, niedoścignione opisywanie ruchu oraz stylizacja na wysoki, modlitewny ton popów. Książka nieprzypadkowo ma podtytuł „Rozprawa żywota”, co najprościej można przetłumaczyć jako rozmowa o Przeznaczeniu lub żywot świętego. „Głuptaska” pozostaje więc przypowieścią o zaradnej świętej, która śladem wszystkich wielkich męczenników podąża drogą przez cierpienie ku światłości. Każdy, kto spotka na swej drodze głuptaskę, a więc „wierzącą, umiłowaną przez Jezusa”, może liczyć na cud. Na najwiekszy zaś cud, zdaniem samej Wasilenko, zasługuje Rosja.


Wiekszość scen w powieści zdumiewa swoją delikatnością i rubasznością zarazem. Z niektórych bije biblijna mądrość i prostolinijność. Wypada się zastanowić, czy pisanie w rytm mitu nie jest rodzajem narodowej terapii jaką zaczyna uprawiać coraz więcej rosyjskich pisarzy. Pokolenie Wasilenki szuka odpowiedzi na niepokojące pytania o kształt i zwyczaje poprzedniego ustroju, a także koszmarną tradycję Związku Radzieckiego, który przed nikim nie musiał się tłumaczyć. To współczesna, dzisiejsza Rosja musi sobie odpowiedzieć na pytanie o sens dziejów, w których najprostszy podział na dobro i zło przestało mieć jakikolwiek sens.


Interesująco na tym tle wypada warsztat Sorokina i samej Wasilenko. W przeciwieństwie do Sorokina, który źródła totalitaryzmu szuka na zewnątrz, Wasilenko bada jego zręby od środka. Buszując po najbardziej intymnych i ciasnych obszarach wyobrażonego świata. Ją interesują małe wiejskie sceny. To dla niej przejawem mądrości może być wiejskie dziecko. Również w jej prozie dziecko, które jest szalone, nabiera cech romantycznego medium, które w alegoryczny sposób rozgrzesza i myje współczesny świat. W końcowej partii powieści dziewczynka rodzi słońce. To nowe, czyste słońce dla nowego, wspaniałego świata. Rosyjskie feministki wskazały na związek tej sceny z przypowieściami o zmartwychwstaniu Jezusa oraz związkach jakie ma z legendą o Mojżeszu.


Nie można się nudzić podczas lektury tej niezwykłej książki, ponieważ jej akcja opiera się na krótkich, dynamicznych scenach. Przesuwają się one przed oczami czytelnika niczym fotografie puszczone w ruch. Wasilenko interesuje się techniką filmową, sama studiowała reżyserię. Jej pisarstwo wyrasta z eksperymentów formalnych. Główna bohaterka tej powieści jest niczym osadzona w miejscu kamera. Jej obserwacje z punktu osamotnionego świadka przypominają oświeceniowe powiastki o wędrówkach po rozum do głowy. Rosyjski Kandyd przerasta świadomością swoje pokolenie.


Wasilenko to również niezwykle malarska proza. Całą książkę czytać można jak barwny, wierny najdawniejszym kopiom apokryf, który przykuwa uwagę swoją nieprzewidywalnością i skłonnością wiary w cud. Apokryfy były z reguły ilustrowane w bajeczny, swobodny i bardzo kolorowy sposób. Wiejski – powiedzieliby entuzjaści miejskich rozrywek. Wiejska jest także wiara w to, co najbardziej naiwne i naturalne. Wiejskie są w końcu opowieści, które przeplatają się w tej książce. Zdumiewa kryształowy ton, na który zdobyła się pisarka. Nie ma w tej powieści ani jednego fałszywie brzmiącego zdania, a wszystko co zostało spisane genialnie odstaje od współczesnej cywilizacji. To dlatego „Głuptaska” podoba się ludziom zmęczonym niewygodnym rytmem coraz bardziej pośpieszającej kultury.


Skosztujcie Wasilenko jeszcze dziś i spójrzcie sami, co kryje się za żelazną kurtyną świata, o którym Kevin Arnold, bohater kultowego serialu w Ameryce mówił „cudowny”. Swietłana Wasilenko dopisuje drugą część do opowieści, która swego czasu również w Polsce gromadziła przed telewizorami tysiące entuzjastów „Cudownych lat”. Dla tamtego pokolenia czas zimnej wojny i wielkich, niezwyciężonych mocarstw należą do tego samego – czasu przeszłego dokonanego.


Swietłana Wasilenko, Głuptaska, Wydawnictwo Czarne 2007, tłumaczył Jerzy Czech.
 


ifigenia 2009-10-09 13:55:47



Szare mydło

Szare mydło, zrobić kogoś na szaro, wykiwać, podłożyć nogę w sieci. To tylko niektóre powiedzonka krążące wśród najmłodszych użytkowników sieci w Wielkiej Brytanii, którzy na co dzień zasiedlają coraz wymyślniejsze serwisy społecznościowe.


Zwiększyła się dzięki temu agresja wśród nastolatków, ale zmniejszył się wandalizm. Ulice pustoszeją o zmroku, bo wszystkie nastolatki, których na to stać, siadają do swoich komputerów. W pewnym sensie zwolnieni z ich wychowania pozostają rodzice, którzy w świecie społeczności czują się coraz bardziej zagubieni. Nie nadążają za swoimi dziećmi, nie potrafią także pozbawić ich dopływu do sieci. W sumie, jak mawiają psychologowie szkolni, wszyscy przeżywają poważne kłopoty w związku z pojawieniem się Internetu. Tylko niektórzy z nich nie czują się zgodnie z tytułem, zrobieni na szaro.  

Sieć w Wielkiej Brytanii podobnie jak w pozostałych krajach Unii Europejskiej, to najlepsza rozrywka i podstawowe źródło informacji wśród ludzi młodych. Ostatnie badania pokazują jednak, jak sieć może wpłynąć na życie zawodowe nastolatków. Jak się okazuje serwisy społecznościowe, które karmią się danymi personalnymi, równie łatwo przechowują je, jak i odsprzedają. Najczęściej firmom rekrutacyjnym. Po co? W celu wyłowienia i odrzucenia przyszłych pracowników.  
 

Karty, w których obok nazwiska wymienia się wpadki, zainteresowania, opowieści i cytaty z rozmów między użytkownikami serwisów społecznościowych, nie należą do rzadkości. Kartoteki te trafiają na stół wraz z papierami rekrutacyjnymi, przestrzega organizacja  Information Commissioner's Office (ICO). Według niej to właśnie popularne dziś serwisy społecznościowe rujnują życie przyszłym pracownikom. Z rzędu ich danych, zdań upchniętych między bitami, można dowiedzieć się rzeczy podstawowych i informacji poufnych. Trzeba tylko umieć szukać. 
 

A jednak mieszkańcy Królewskich Wysp kochają serwisy, które w komplementarny sposób zaspokajają ich potrzeby bycia i bycia zauważonym w sieci. To właśnie na MySpace, Facebook czy Bebo kwitnie obecnie życie towarzyskie. Od sieci do klubu - nie inaczej przebiega droga współczesnego klabbingu. Kto tamtędy nie chodzi, tego nie ma. Aby ostrzec młodych mieszkańców Wysp organizacja uruchomiła stronę, na której można prześledzić dokładnie drogę wydostawania się poufnych i niepożądanych informacji. Do nich należy choćby wiek inicjacji seksualnej, problemy w życiu erotycznym czy przebyta depresja. 
 

Co ciekawe, aż 70 procent młodych ludzi, którzy obecnie mają od 14 do 21 lat, nie chciałoby, żeby podstawowe informacje z ich życia dostały się w ręce przyszłego pracodawcy. Paradoksalnie, ponad połowa z nich nazywa "przyjacielem" pierwszą napotkaną w sieci osobę. Co więcej ponad połowa z nich od razu podaje datę swojego urodzenia, 1/4 miejsce pracy, 10 procent adres domowy, a 2 procent nazwisko rodowe swojej matki. 
 

Serwisy społecznościowe pozostają jak dotąd najlepszym źródłem pozyskiwania danych nie tylko o ludziach. Jak pokazuje przykład Stanów Zjednoczonych i części Europy, internauci zamieszczają na serwisach bardzo rzetelne dane o produktach, które kupili. Jeśli więc istnieje gdzieś w sieci miejsce idealne dla specjalistów do wizerunku marek, to jest nią na pewno portal społecznościowy. W konwencji swobodnej rozmowy ludzie bardzo często przekazują sobie najwartościowsze informacje dotyczące rynku. Potrafią w lot ocenić produkt danej marki i zarekomendować udany towar. Równie szybko w sieci rozprzestrzenia się zła opinia o produkcie. Biada temu, kto naraził się aktywnym maniakom sieci. 
 

Sieć bywa też miejscem wymiany pożytecznej informacji. Ponad 90 procent użytkowników pisze w niej, żeby doradzić innym. Po dokonaniu zakupu testuje szybko produkt i zamieszcza o nim wyczerpujący opis. Dzięki temu inni mogą podążyć tę samą drogą. Aż 79 procent internautów twierdzi, że opiera się na zdaniu innych użytkowników sieci przy wyborze produktu. Widać zatem, że sieć i serwisy społecznościowe mają dwojaki zastosowanie. Jak w powiedzeniu o szarym mydle; zamydli oczy, ale również je wymyje.

  


ifigenia 2009-10-09 13:53:10



Kantor i jego śmietnik

Ze śmietnika kultury korzystają wszyscy wielcy twórcy. Zrezygnować z odpadów to jak odsunąć ręką syto zastawiony stół. Prawda, że to niepoważne? Tak myślał Tadeusz Kantor. W takich kategoriach opisał go Krzysztof Miklaszewski.


W śmietniku tkwi olbrzymi potencjał kreacyjny. Do śmietnika jak do recyklingu idei nurkowali najwięksi poprzedniej epoki; Schulz, Gombrowicz, Witkacy. Szukali tam nie tylko dalekiego odbicia własnych idei, ale również świeżego posiłku złożonego. No właśnie z nowych zapożyczeń. Idea kultury w książce Miklaszewskiego ma wiele wspólnego ze współczesnym śmietnikiem, w którym wszyscy szukamy jakiś resztek, czyli Internetem. To właśnie z jego najbardziej narzucającą się formą, jaką są blogi, kojarzy się najnowsza książka mima i aktora jednocześnie. Człowieka Kantora, który przez piętnaście lat swojego życia nie dostępował mistrza na krok.  

Kto kogo pożegnał? Podobno Miklaszewski Kantora, który zwykł mawiać, że do jego teatru wstęp mają nieliczni, zrezygnować samodzielnie nie może jednak nikt. A jednak przypadek, upór lub zwykły spór czy zmęczenie zdecydowały, że Miklaszewski opuścił swojego mistrza przed śmiercią. To, co zostało jednak po piętnastu latach wspólnych wędrówek potrafi twórczo wykorzystać do dziś. Pisząc kolejne książki. "Między śmietnikiem a wiecznością", które wydał Państwowy Instytut Wydawniczy, powinno było powstać dziesięć lat temu. Dokładnie wtedy ówczesny dyrektor wydawnictwa podpisał umowę na książkę o Kantorze. Przez dziesięć lat jednak na polskiej scenie wydawniczej działo się niemało, na książkę o Kantorze nikt jednak nie czekał. 
 

Zacznę od anegdoty, którą opowiada Miklaszewski. Podobno prawdziwą fortunę zbił pewnego dnia w Krakowie właściciel kantoru, który nazwał od nazwiska samego reżysera i twórcy teatru. Kantor Wielopole ściągało tłumy początkowo zdezorientowane, z czasem coraz bardziej przywiązane do nowej budki na starym mieście. To pokazuje fenomen popularności Tadeusza Kantora, którego wielu ludzi kojarzyło ze sztuką choć nie do końca rozumiało. Spektakle mistrza reżyserii spotykały się początkowo z odrzuceniem przez środowisko i krytykę. Dopiero w wiele lat później przyszło to, na co czekali pierwsi aktorzy amatorskiego teatru, zrozumienie i wielkie pieniądze. Niektórzy do dziś żyją z tantiemów po mistrzu. Inni wybudowali domy i kupili zachodnie samochody w czasie, kiedy poważne teatry przeżywały kryzys ekonomiczny. Kantor był lubiany za granicą. Niektórzy twierdzą, że również przez władze PRL-u. 
 

Kantor to jednak walka o kontekst, którą prowadził nie tylko z wielkimi postaciami teatru i malarstwa, ale i samym sobą. Zrobić coś w określonym kontekście, zadbać o kontekst, wypracować właściwy kontekst, oto codzienna walka mistrza. Walka, w której nie oszczędzał najbliższych współpracowników. Kantor był niczym dyktator w małym państwie, który stworzył na własny użytek. Gromił, przeganiał, przywracał do łask. Był instytucją poza wszelką instytucją, człowiekiem bez kontroli, któremu wszystko było wolno. W pewnym sensie ten brak instytucjonalności ratował mu skórę. Był jak Piotr Skrzynecki i jego Piwnica Pod Baranami - nie do ruszenia. Dlaczego? Bo formalnie niczego takiego, jak teatr Kantora nie było. 
 

Konteksty Kantora: teatr, bo wciąż coś inscenizował. Słowa, bo mówił w sposób niezwykły o sztuce. Sztuka, bo wciąż ją tworzył wokół siebie. Wielkimi nauczycielami dla tej formy byli Karol Frycz i Andrzej Pronaszko. Jego akademickie wykształcenie było najlepszym z możliwych w ówczesnej Polsce. To on mógł także wyjechać w 1948 roku na czteromiesięczne stypendium twórcze do Paryża. To stamtąd przywiózł pierwszą wizję swojego teatru. Czyli czegoś na styku malarstwa i aktorskiej gry. W Polsce szalał socrealizm, w głowie Kantora najświeższe nurty światowej sztuki. 
 

Teatr jest dobry - mawiał Kantor - bo leży blisko życia. W 1956 roku porzuca raz na zawsze malarstwo, żeby zająć się scenografią w teatrze. Przez kilka lat będzie to jego ukochany zawód. Po kilka latach pracy porzuci jednak profesjonalny teatr, żeby założyć swój. Amatorski teatr z widokiem na wielką przyszłość. Czym jest teatr Kantora? Aktorem mówiąc najprościej i oscylowaniem wokół dwóch czasów; teraźniejszego i przeszłego, który staje się teraźniejszy. Do zrobienia dobrego przedstawienia potrzebne jest Kantorowi na początku słowo przeczytane (wielcy mistrzowie pióra tacy jak; Witkacy, Schulz czy Gombrowicz), miasta podobne do tych, w których egzystuje dziś Wilhelm Sasnal (Kraków i Tarnów) oraz polsko - żydowskie korzenie i jego Wielopole. 
 

Książka Miklaszewskiego jest palimpsestem zszytym z wielu wyciągniętych z kartonu kartek i przypisów. Wypowiedzi wielkich sław mieszają się w niej z wywiadami z Kantorem, fiszkami z prób, zapiskami z filmów dokumentalnych. Sam Kantor wypowiada się w niej w sposób kategoryczny i nie znoszący sprzeciwu. Zwłaszcza o artystach epoki socrealizmu i komunizmu, którzy dali sobie założyć na usta knebel, to znaczy byli do tego powołani. 
 

Wielkość Kantora rozciąga się pomiędzy zdaniem: "Rozwój to nie jest doskonalenie się, ja nie wierzę w doskonalenie" a "Sztuka nigdy nie ilustruje. Tylko zła sztuka ilustruje". Jego teatr rozpięty jest na sztaludze i fascynacji reżyserią, która odsłania, obnaża swój warsztat. Wiadomo jest jednak, że Kantor szalenie nie lubił, kiedy mówiło się cokolwiek o jego metodzie pracy z aktorami, mimo że stanowiła ona novum na miarę światową. Między innymi ciekawość ściągnęła na jeden ze spektakli samego Jerzego Grotowskiego w przebraniu starej Indianki. Tylko w ten sposób mógł wejść na spektakl swojego odwiecznego adwersarza. 
 

Wielki mag polskiego teatru i wielbiciel śmietników poszukiwał inspiracji u Jacka Malczewskiego. To właśnie w jego malarstwie upatrywał zarodka współczesnej literatury i reżyserii właśnie oraz skłonność sztuki nowoczesnej do sakrum wymieszanego z profanum. 
 

Co pozostanie po Kantorze i książkach samego Miklaszewskiego? Być może słuszne narzekanie mistrza na niepokojące przejawy kultury masowej, która spadła na współczesność jak sęp. Masa zaprzecza elitarności, zwykł mawiać mistrz polskiego teatru. Jedyna masowość zjawiska do strawienia to kawiarnie. Dlatego, m.in. w każdym kontrakcie zagranicznym, Kantor wymagał obecności w pobliżu swojego miejsca prób, tłocznej i popularnej kawiarni. 
 

Ale Tadeusz Kantor to coś więcej. Jako jeden z pierwszych protestował przeciwko czemuś, co stało się regułą w państwie Giertychów, a mianowicie łączenia kultury z polityką. Patriotyzm ze sztuką ma niewiele wspólnego, mawiał i protestował czynnie przeciw wyrzucaniu z muzeów współczesnego malarstwa. 
 

Miklaszewski dokonuje swoją książką pewnego podsumowania. Zwykle uznaje się Kantora za twórcę wyłącznie teatralnego, zapominając, że malował i znał się na malarstwie jak nikt. Tymczasem z książki Miklaszewskiego możemy się dowiedzieć, że tak naprawdę Kantor dokonał przesunięcia w gatunku teatru w stronę większej malarskości zjawiska. Czego nie było nigdy przedtem. Dzieło sztuki musi pozostać zamknięte - postulował za życia Kantor. To znaczy nie nastawiać się na nadmierną ekspresję. Dzieło otwarte, które tak wychwalał w swojej strukturze Umberto Eco jest zbyt łatwe w odbiorze, i tym samym skazane na zagładę. 
 

Nieprzewidywalność cieszyła entuzjastów Kantora. To w jego rękach leżał los poszczególnych przedstawień. Jedno z nich zrealizował w końcu w szatni teatralnej. Ale Kantor to także wnikliwy komentator sceny politycznej, którą detalicznie omawia przed każdym spektaklem. O sobie: "Ciągle myśląc o tym spektaklu... ciągle... wpadłem już w kompletną dezorientację. W czasie pracy wpadają różne elementy przypadkowe na zasadzie mojego "talentu - antytalentu". To znaczy: ja nie konstruuję, tylko mam szczęście".
 Szybkość z jaką pracował, tempo, brawura, ostrość, widać to wyraźnie po zapisach rozmów oraz filmów z prób. Chyba najpełniej śmietnik samego Kantora charakteryzuje Andrzej Wełmiński, grafik, malarz i reżyser, aktor Cricotu 2. W jednej z rozmów tak charakteryzuje osiągnięcie swojego mistrza: "Określenie Cricotu teatrem nie wyczerpywało w pełni zakresu jego działania. Był to raczej ruch intelektualny i artystyczny pewnej grupy, pewnej formacji złożonej z bardzo różnych indywidualności. Skupiał wielu aktorów i wybitnych artystów, których udział w teatrze był integralną częścią ich własnej twórczości."      
   
 

Krzysztof Miklaszewski, Tadeusz Kantor, Między śmietnikiem a wiecznością, PIW 2007.


ifigenia 2009-10-07 12:40:32



Język intymny, wyznanie publiczne

Trzeba było prześledzić 10 tys. użytkowników blogów, żeby stworzyć portret językowy społeczności, dla której język intymny niewiele różni się od języka dnia codziennego. Blogi kobiet i mężczyzn różnią się stylem, w kwestii wulgarności zbliżają się do siebie.


Język intymny w sferze publicznej, jaką jest Internet, zachowuje swoją specyfikę. Różni się też od języka intymnego ludzi, którzy wypowiadają słowa w swojej i tylko swojej obecności. Wystarczyło prześledzić 10 tys. użytkowników anonimowych blogów, żeby zebrać interesującą pod kątem słowotwórstwa analizę. Zrobiła to Joanna Nina Karczmarewicz. Wyniki ankiet zebrała i opublikowała w swojej pracy magisterskiej. Publicznie podzieliła się nimi podczas pierwszego w Polsce Festiwalu Blogów, który zorganizowała w listopadzie "Rita Baum".  

Dla prowadzenia bloga ważna jest regularność wpisów. Badane przez autorkę blogi musiały charakteryzować się częstymi wpisami i małymi przerwami w pisaniu. Analiza stylu pisania mężczyzn i kobiet przebiegała w ich naturalnym kontekście. Oto kilka uwag. 
 

Blogerzy zwykle piszą o mężczyznach w kategorii ich wyglądu zewnętrznego, biorąc pod uwagę ubiór, intelekt, charakter, umiejętności oraz relacje, jakie ich łączą. Jeśli chodzi o kobiety, blogerzy piszą o nich najczęściej ironicznie. Pojawiają się w opisach porównania do wyrobów czekoladopodobnych, laluń i dam. Kobiety blogerki tymczasem opisując urodę mężczyzn porównują ich wygląd do wspaniałych Rzymian, odwołują się do określeń zaczerpniętych z antyku. Czasem sięgają do określeń tak pierwotnych, jak pierwszy człowiek na ziemi, prymitywny Adam czy bohater spod Troi. 
 

Same kobiety piszą o innych stosując bardzo ostre kryteria w opisie wyglądu zewnętrznego. Mężczyźni tymczasem porównują swój intelekt i umiejętności. Najbardziej interesujące badania w pracy Joanny Niny Karczmarewicz dotyczą jednak sfery seksu. To właśnie o niej powstaje najwięcej dzienników sieciowych, na których opisuje się detalicznie moment zakochania, a potem wzajemnej konsumpcji. Można śmiało napisać, że większość internautów z pisaniem o seksualności sobie zupełnie nie radzi. Odwołuje się do języka medycyny, gwary i slangu młodzieżowego lub wulgaryzmów. Miłość fizyczna spełnia się po kieliszku, bywa przyrównywana do Dionizji lub snu. Kobiety znacznie częściej podkreślają jak ważny w ich życiu jest flirt. 
 


Internauci, autorzy prywatnych zapisków publikowanych w sieci, równie często stosują zamienne nazwy na określone części ciała. Kobiety częściej piszą jednak neutralnie, a mężczyźni wulgarnie. Równie często u obu płci stosuje się metafory i porównania. Bliżej do grafomanii kobietom, mężczyźni znacznie częściej ratują się humorem. Co ciekawe, Internet wymaga użycia wielu wykrzykników, które podkreślają silne emocje towarzyszące zbliżeniu. Wszystkie wykrzykniki zastępują gesty czy opisy poszczególnych epizodów. W momencie spełnienia obie płcie równie często odwołują się do Boga, Matki Boskiej, Jezusa lub błogosławieństwa Amen. To, co różni kobiety piszące od mężczyzn to ilość językowego wzdychania, zamyślania się i dość bogobojny stosunek do opisywanych zjawisk.
  


ifigenia 2009-10-07 12:38:30



 

 
 
{smscontact}